Opowiastka o start-upie

Nie, nie. Dziś nie będę Wam pisać nic o wnętrzach, konferencjach, stylach w architekturze, a nawet o kolorach. Dziś prawdopodobnie miałabym problemy z rozróżnieniem czerwonego od zielonego. Wszelkie działania projektowe zeszły na dalszy plan. Dziś mam cel. Narysować model biznesowy przedsiębiorstwa. Dobrze działającego przedsiębiorstwa! Ale po co? Ale dlaczego? Bo chcę, żeby mój start-up miał sens. Opowiem więc Wam wszystko po kolei.

Na początku był chaos. Chaos i niewiedza, co zrobić ze swoim życiem, w sytuacji, gdy praca na etacie nie jest już dalej możliwa. 8 godzinny dzień pracy + reszta czasu wolnego odeszła w siną dal i prawdopodobnie już nigdy nie wróci. Dlaczego tak się stało? O tym opowiem kiedy indziej, gdy minie jeszcze trochę czasu, a rany zagoją się. Chaos został szybko zamieniony w plan. Na początku nie pewny. Pisałam już Wam o tym, że zawsze chciałam być architektem, ale również brakowało mi odwagi. W pewnym sensie stanęłam przed sytuacją bez wyjścia – teraz albo nigdy! Mogę podążać ścieżką swoich marzeń lub do końca życia żałować, że niczego nie zrobiłam, by na nią wejść. I to był początek. Ten moment decyzji. Zadziwiające jest, jak otwarcie się na świat przynosi niespodziewane i wręcz niewyobrażalne zmiany w naszym życiu. Mój przyjaciel powiedział mi, żebym wykorzystała szansę i otwarła firmę starając się o dotację z Unii. Miałam szczęście. W momencie, gdy się o tym dowiedziałam, zostało równo kilka dni do daty złożenia wniosku.

Przygoda pierwsza. Z dziwnych i niewyjaśnionych powodów organizacja, która zajmuje się przyznawaniem dotacji ogłosiła nabór wniosków tylko dla 300 pierwszych osób. Wyruszyłam więc wczesnym rankiem złożyć mój w pośpiechu napisany wniosek. Ach, jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy moje oczy zobaczyły to, co zobaczyły! Przed budynkiem zaledwie 3 osoby paliły papierosy. Ucieszyłam się. W końcu przyszłam o wiele wcześniej. Zdziwienie jednak dopadło mnie, gdy otwarły się drzwi do Agencji, a zza nich wypłynęło morze ludzi. Nie wiedziałam, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy się kolejka… do listy kolejkowej. Było gorąco i nerwowo. Po wielu godzinach oczekiwań udało się, złożyłam jeden wniosek o dotację. Oczywiście wśród oczekujących rozpętała się burza. Po interwencji lokalnego radio regulamin został zmieniony (poprawiony) i komisja zdecydowała się przyjąć wszystkie wnioski. Ponieważ czekając w tej sławnej kolejce dowiedziała się, że można złożyć tych wniosków więcej niż jeden, wykorzystałam swoją szansę, donosząc jeszcze jeden.

Przygoda druga. Koleżanka zapytała się mnie, czy nie wybieram się przypadkiem do Mediolanu na Targi. Ja? Bezrobotna, bez grosza przy duszy na Targi? Do Mediolanu? Ależ skąd. Z ciekawości jednak zadzwoniłam do biura podróży, które organizowało wyjazd wraz z moją Szkołą. Dowiedziałam się, że jest jedno ostatnie miejsce… dla kobiety. Czyż to nie był znak? Dzięki wsparciu mojego męża, który poparł mój pomysł wyjazdu, postanowiłam pojechać i rozpocząć swoją przygodę ze światowym designem.

Przygoda trzecia i czwarta. Przeszłam ocenę wniosku. Zostałam zaproszona na rozmowę. Kiedy? Oczywiście, że wtedy, kiedy miałam być w Mediolanie. Wycieczka opłacona. Wszystko zorganizowane. Nie przyjście na rozmowę oznacza rezygnację z projektu i utratę szans na dotację. Co robić? Zawsze można dokupić bilet i dolecieć… trzeba tylko odnaleźć swoją grupę w obcym mieście, w którym akurat przebywają miliony turystów z całego świata. Proste! Byłoby proste, gdybym wiedziała, kiedy dokładnie mam rozmowę, oprócz tego, że w danym tygodniu. Monitorowałam więc co pięć minut stronę Agencji, by dowiedzieć się, czy są już terminy rozmów. W między czasie przygotowywałam się pilnie do prezentacji. Robiłam badania rynkowe, wywiady z potencjalnymi klientami. Zastanawiałam się co powiedzieć. Przygotowałam też piękną prezentację graficzną i… zepsułam komputer. Piątek rano wstaję, chcę przygotować się do rozmowy, podrukować sobie materiały, a mój komputer się nie włącza. Bilet do Mediolanu nie kupiony. Wycieczka odjeżdża w poniedziałek. Rozmowa ma być w tygodniu mediolańskim, ale nie wiadomo, w który dzień. Co robić? Komputer na gwarancji. Być może da się naprawić, ale za przegląd w terminie ekspresowym trzeba dodatkowo zapłacić i to nie mało. Za sam przegląd. Oj, było gorąco. Na szczęście mistrz rozwiązywania problemów poradził sobie w tej zagmatwanej sytuacji. Serwis osiedlowy okazał się niezastąpioną pomocą. Usługa ekspresowa, bez żadnej dodatkowej opłaty za pomoc. Zwarcie na płycie głównej wykryte i naprawione. Drucik, który włożyła mi firma składająca komputer i chcąca 100 zł za jego wyjęcie wyjęty. Termin rozmów? Dalej utajniony. Dzwonię więc  i wypytuję. Informacje pojawią się w poniedziałek. Ale jak to, a jeśli mój autobus do Mediolanu odjedzie, a rozmowa będzie zupełnie kiedy indziej? Pani po drugiej stronie słuchawki na szczęście się zlitowała i powiedziała mi, że ja mam występować przed komisją we wtorek rano. Bilet do Mediolanu w okresie najgorszym z możliwych akurat we wtorek tanimi liniami lotniczymi (I love you Wizz air!). 400 zł! Lecimy.

O Mediolanie mogłabym napisać tysiąc kolejnych opowieści. 4 niezapomniane dni, które zmieniły moje życie.

Model biznesowy? Ale co to?

Model biznesowy? Ale co to?

Przygody kolejne? Milion! Rozmowy nie przeszłam. Ale życie płata figle, bo jeśli nie udało się wtedy, to uda się kiedy indziej. Kolejna rozmowa, kolejny program. Kiedy? W terminie naszych wakacji! Żart? Tym razem udało się. Mój pomysł na biznes przekonał panie z komisji. I co? I teraz czas na szkolenia i na pisanie biznesplanu. I właśnie tym się teraz zajmuję. 8 godzinne szkolenie 3 razy w tygodniu. Finanse, księgowość, modele biznesowe, strategie biznesowe, prognozy dla rynku, innowacyjność i niszowy charakter mojego produktu. Kolor biały to czerwony, a czerwony to zielony.  Piszę piszę i jeszcze raz piszę. Analizy, strategie, wykresy. Mój biznes plan.  Strona druga trzysta dwa czterysta. Kilkadziesiąt godzin pisania już za mną. Kilkaset przede mną. Czas? 14 dni. Projekty? Jeden dom i jeden kościół na już. A kiedy będzie design? Kolejne wpisy na blogu? Kolejne projekty? A kiedy będzie relaks? Przygoda taka. Mój mąż wysłany na delegację za granicę. Wczoraj. Nagle i znienacka kazali spakować się i wyjechać. Ja i moja mała Zuzia zostałyśmy same. Ja i mój mały start-up zostaliśmy sami. Czy freelancer jest w stanie zamienić się w przedsiębiorczego przedsiębiorcę? Czy chwilowo-samotna matka jest w stanie odnieść sukces w biznesie? Hhm. Na to pytanie odpowiem Wam w kolejnej części tego wpisu za 20 lat.

A tymczasem zabieram się za projekt jadalni i salonu pewnego starego i zniszczonego domku, który już niedługo przemieni się w przytulny zakątek dla pewnej miłej rodziny. A dla Was filmik z dedykacją: „29 ways to stay creative” – mimo, że czasem już nie wiem, jak się nazywam, I will!

Maria Podobińska-Tuleja

Startu-up Proste Wnętrze

PS. Przepraszam z góry za błędy. Tym razem wcisnę guzik Opublikuj bez reedycji tekstu.

Advertisements